Oxygenium.pl

Strefa Outdooru

Outdoor Adventure

Trzy Żywioły Outdooru

Frower Power

Dwukołowe lewitacje

Skala Trudności G3R



Sporty przestrzenne


Nurkowanie
Zakrzówek


Trail Marathon
Mogielica


Snowboard
Kasprowy


Snowboard
Tatry Zach. SKvs.PL


Adventure Racing
Rajd 360 - Beskid Śląski


Winter Treking
Tatry Zachodnie


Trailrunning
Tatry Zachodnie SK


Treking
Góra Cyc - Góry Atbaj


Nurkowanie | Freediving
Morze Czerwone


Treking
Gebel St Katrin - Synaj


Wyprawa wspinaczkowa
Pakistan 2008


G3R Wallpapers
Stoh - panorama by Wojtek 'Failo' Zdebski
Tapety pulpitu



Panoramy
Stoh - panorama by Wojtek 'Failo' Zdebski
Zobacz galerie górskich panoram



Panoramy 360°
Szymoszkowa FR
Big Berta
| Kładki



Filmiki
(kliknij prawym i użyj funkcji "Zapisz element docelowy jako...")

2008-00-30
Vlk. Choc [24.3MB]
2008-00-30
Szczebel [6.6MB]


Top Secret

2013.01.31
Andy (Chile)

Trasy
Cerro San Francisco (6016 m n.p.m)

 

Uczestnicy
Wojtek

 



San Francisco zdobyte!

Wzmocnieni powrotem do cywilizacji, większą ilością tlenu w powietrzu, no i przede wszystkim kilkoma lomo uderzamy w kierunku przełęczy San Francisco. Jedziemy 200 km górską droga, mijając po lewej Ojos i inne wysokie sześciotysięczniki docieramy do przejścia granicznego na 4000m. Po drodze zastanawiamy się którędy dokładnie przejeżdżał tymi okolicami Dakar i dlaczego nie można by jednej z takich gór przenieść do Polski bez konieczności tworzenia na niej Parku Narodowego.

Po pertraktacjach argentyńscy celnicy wpuszczają nas w strefę "niczyją" pomiędzy Chile a Argentyną. Przydrożny obiadek w postaci luksusowej bułki od hamburgera i tuńczyka, żeby dać trochę więcej czasu organizmowi na aklimatyzacje - w końcu w kilka godzin dotarliśmy z ok. 1600m na ponad 4000m.

Serpentynami dojeżdżamy na przełęcz. Na szczęście schron jest dostępny, bo mocno wieje i rozbijanie namiotu byłoby nie lada sztuką. Nie czujemy się dobrze, więc zjeżdżamy do "ciepłych źródeł" Las Grutas i tam zażywamy tlenu oglądając jak cysterna podpina się rurą do jednego ze strumyków - nie będziemy próbowali tam pływać. Mimo to krajobraz i klimat tego miejsca urzekający. Wracamy na Paso San Francisco, kolacja, kontrola roweru i spanie.

Rano skoro świt uderzamy w kierunku szczytu (6016m). Na podejściu mija nas konwój chilijskich terenówek - będziemy mieli towarzystwo. Pierwszy raz, bo do tej pory żywego ducha nie spotkaliśmy chodząc po górach. Zbyszek w równym i szybkim tempie idzie skrótami do góry. Ja powoli śladami terenówek, bo tak łatwiej pchać rower. Testuję pożyczony GPS, ale wyprowadza mnie tylko na manowce i nadkładam trochę metrów w ciężkim terenie, żeby przedrzeć się przez garb. Zaraz mija mnie Grzegorz w tempie ekspresu.

Dużo śniegu, więc dobrze, że Chilijczycy przetarli już szlak. Nie na tyle jednak, żeby można było bezproblemowo podchodzić z rowerem. Droga kosztuje mnie dużo sił, śniegu przybywa tak, że po skończeniu trawersu rower już bez przerwy trzeba nosić na plecach, co przy silnym wietrze i spadającej ilości tlenu wysysa ze mnie dużo energii. Zbyszek wraca z przełęczy, dochodzi do mnie też Grzegorz, którego namawiam, żeby chwilę powalczył z moim żelastwem w jedynie słusznym kierunku. Nawet parę minut podchodzenia na lekko pozwala trochę odzyskać siły i odepchnąć myśli, ze przecież i tak nie uda się tutaj wszystkiego zjechać, bo trzeba by mieć chyba opony o szerokości 4 cali.

Ambicja pcha do góry i po kolejnej godzinie walki z własną słabością, wiatrem i śniegiem jestem na szczycie. Mimo, że sam szczyt płaski, to widoki zapierają dech w piersiach. Wieje tak mocno, że bez zwłoki ubieram ochraniacze, kask i zabieram się za zjazd. Niewielkie fragmenty, gdzie jest więcej kamieni albo wiatr wywiał trochę śniegu można zjeżdżać. Ciągły zjazd zaczyna się jednak dopiero poniżej przełęczy, a i tak wymaga pedałowania i ciągłego balansowania. Intrudery to nie są jednak opony na kopny śnieg i obniżoną zmęczeniem precyzje prowadzenia - co po chwilę odpoczywam.

Zjazd ośnieżonym stromym trawersem, przy silnym wietrze i dużym zmęczeniu wymaga bardzo dużej uwagi i koncentracji - sprawie więcej frajdy niż ten z Bonete. W końcu odcinek bez śniegu, do tego krętą ścieżką, gdzie można by nawet na siłę robić piwoty. Przebijam się na azymut przez garb, wyprzedzam na zjeździe chilijskie terenówki i docieram do czekających na dole Zbyszka i Grzegorza. Ponad 1300m przewyższenia, na tych wysokościach, w śniegu, z wiatrem, rowerem na plecach - jak dla mnie morderczy wysiłek. Było jednak warto.

Bez zwłoki wracamy do Fiambala, gdzie spotykamy się z bliźniaczą wyprawa Polaków i "przekazujemy" Grzegorza, który ma czas i apetyt na dalsze sześciotysięczniki. Dla mnie i Zbyszka rozpoczyna się długą podróż samochodem w stronę Buenos - kilka dni urlopu chyba bardziej typowego dla większości turystów odwiedzających Argentynę.

Wojtek

Podziękowania dla Wojtka, Zbyszka i Grzegorza oraz wszystkich, którzy wspierali mnie w przygotowaniach i podczas wyjazdu.